2009-09-28 14:09:47 >> Historie: Harpia

 

Ta opowieść rozpoczyna się w dosyć późnym okresie historii, w porównaniu oczywiście do innych archaicznych, dobrze zasuszonych, kreatur w naszym Przybytku Edukacji.

W XV wieku na Wołoszczyźnie panował hospodar wołoski Vlad III Tepes – pogromca Turków, walczył o idee przedmurza chrześcijaństwa. Należał do Zakonu Smoka. Dostał się do niewoli tureckiej – przebywał tam 7 lat. Podczas tego okresu poznał niewolnicę, którą po zwolnieniu z aresztu zabrał na swoje włości – do gór transylwańskich. Od tego momentu Vladowi nadano przydomek Dracula – jednym z jego popularnych określeń był Palownik(od wbijania swoich wrogów na pal).Najpewniej z turecką niewolnicą spłodził, zapewne w Pośpiechu, dziecko – choć może to nie adekwatne określenie. Beatka była … harpią – „córką” smoka i jakiegoś turecko-islamskiego pomiotu.

Nasz uroczy bachorek – harpia po tatusiu odziedziczyła skłonność do okrucieństwa, wredność, małostkową złośliwość i pomysłowość w wyrządzaniu krzywd. Urodę odziedziczyła zas po ofiarach tatusia: ściągniętych z pala tak gdzieś po miesiącu upalnej pogody. Po matce – islamistce zaś przejęła jihad dla wszystkich nieznających matematyki – w końcu nie bez powodu mamy liczby arabskie…

Dorastała beztrosko, bawiąc się odciętą głową tatusia. Z czasem jednak, wyruszyła w podróż po Europie, aby zdobyć wykształcenie i przejąć panowanie nad światem. Jej przybycie do cywilizowanej części Europy, walnie przyczyniło się do odkryć geograficznych, jako że wszyscy chcieli spieprzyć gdzie pieprz rośnie(w tym przypadku ziemniaki i tytoń). Niektórym szczęśliwcom(purytańskim anglikom) się udało, jednak pozostała reszta, które z kolei się nie udało: ich nie można nazwać szczęśliwcami.

Początkowo pojawiła się w Padwie. Studiowała tam jakiś czas, ale nikt dokładnie nie wie ile, ponieważ archiwa Uniwersytetu w Padwie spłonęły – dobrze się maskowała, nie mamy żadnych informacji o jej wynikach, ani poczynaniach na tym odcinku jej ścieżki życiowej. Następnie przeniosła się do Florencji. Nasza bohaterka lubowała się w szlacheckiej krwi. Wpadł jej w oko Kosma Medyceusz. I tutaj mamy kolejną mroczną zagadkę historii, ponieważ dokładnie w tym czasie ten wielki prior zaginął. Wielka fortuna jednego z najznamienitszych rodów Florencji została rozkradziona, a linia krwi przerwana.  Pozostają nam tylko domysły, które i tak jednoznacznie wskazują na naszą kochaną Becię… Przybyła do Rzymu – wiadomo diabli swego nie biorą. Żyła sobie tam jak pączek w oleju – no dobra: jak harpia skąpana w błękitnej krwi.

Tak minął wiek XV i XVI w którym harpia przenosiła się z miasta do miast, siejąc grozę i taplając się we krwi ofiar. Zagadką jest to, że nie imała się husytów, ale to już zagadnienie, które wykracza poza ramy tej historii. Postanowiła również wybrać się na wschód. Odtąd rozpoczyna się powolny upadek Rzeczpospolitej, w czym harpia miała swój radosny udział*. Głośna sprawa hrabiny Batory(alter ego naszej bohaterki) była wywołana nienasyconym apetytem Beci na krew. Jakiś idiota, zapewne, poradził jej, że krew dziewic dobrze wpływa na urodę, niestety aby ta się poprawiła potrzeba przynajmniej jednego ładnego atomu. Harpia takiego nie miała i krwawe łaźnie dodały tylko do jej zwykłego smrodu śmierci i rozkładu i zapach krwi i niehigienicznego trybu życia.

Wróciła do podróży po świecie, zjawiając się wszędzie tam, gdzie płynęła krew(a może odwrotnie). Zagryzła dzwonnika z Notre Dame – zazdroszcząc mu urody i za to, ze wzgardził nią jako kochanką, wybierając swoją starą kozę.

W czasie jej podróży stało się coś strasznego! Początek krańca świata. Rozpoczęto odliczanie i uzbrojono głowice, które nas rozpieprzą. Beci odkryła MATEMATYKĘ! Odtąd wbrew swojej naturze harpii, nie piła już krwi! Teraz upajał ją zapach młodzieży cierpiącej przy rozwiązywaniu zadań. Karmiła się kroplami potu na strapionych czołach, hektolitrami przelanego atramentu i tuszu, kapami stawianymi jak krzyże na cmentarzu za nieznajomość wzorów i algorytmów. Podniecało ją jak uczniowie stoją na trzęsących się nogach pod tablicą, jak drżą im ręce wypisujące wielkimi cyferkami swoją niewiedzę.

Przed I Wojną Światową uczyła serbskie dzieci – jednym z jej sławniejszych uczniów był Gawriło Princip: to on zabił arcyksięcia Ferdynanda i rozpoczął lawinę zdarzeń, która doprowadziła do wybuchu IWŚ!

Od 1918 przeniosła się w granice państw niemieckojęzycznych – był to jeden z warunków ultimatum wysunięte przez państwa ententy – trzeba męczyć i niszczyć niemiecką młodzież jeszcze zanim dojrzeją do nacjonalizmu. Jednym z jej uczniów był nie zdradzających żadnych zdolność matematycznych – dlatego męczony – ale rozmiłowany w technikach tortur naszej Beci. Do jednych z jej ulubionych zadań należały zadanka o Żydach. Wspomniany wcześniej uczeń przejął władzę w Rzeszy Niemieckiej. Dalej rozwiązywał zadanka o Żydach. Gdy nie był pewny wyniku przeprowadzał obliczenia na żywych egzemplarzach – wybudował kilka obozów koncentracyjnych. Niestety nasz Adolf bardzo lubił rozwiązywać zadanka, więc szybko brakło mu Żydów. Musiał podbić sąsiednie państwo – oczywiście wszystko w ramach poszukiwań swoich pomocy naukowych i wizualizacji do obliczeń. Rozpoczął II Wojnę Światową!

Podczas II WŚ Becia prowadziła rejestr ofiar. Ponieważ ona nie mogła zwyczajnie dodawać, zrobiła to ciągiem geometrycznym – (pamiętając na czym polega ten ciąg) brakowało jej ofiar, więc podkasała rękawy i brała sprawy we własne ręce: WYNIK MUSIAŁ SIĘ ZGADZAĆ!

Potem pomagała Stalinowi – znudziły się jej ciągi geometryczne, więc przeszła na stronę wroga. Dla CCCP(ZSRR) prognozowała wydobycie surowców w minach na Syberii. Potem przekonywała Gierka: „oczywiście, że może wziąć kolejną pożyczkę, przecież to się opłaca”. Dalej w dość tajemniczych okolicznościach znalazła się na Frynie(Nowym Bytomiu, Ruda Śląska; nazwa skrócona zapożyczona z niem. Friedenshutte) – tak zło przechodzi stamtąd. Zaczęła męczyć dzieci naszej śląskiej ziemi. Lecz te ciche piski i stłumione jęki, na jakie było stać te maluchy, przestały wystarczać naszej matematyko żądnej(żerczej)  Beci. Potrzebowała niezliczonej armii cierpiących dusz, głośniejszych, w swych jękach, niż trąby Jerychońskie. Tak trafiła do Morcinka. Zawiązała węzeł gordyjski na szyi uczniów, który ciężył niczym kajdany niewolników budujących piramidy…

 

 

*Autorzy tekstu widzieli obraz Jana Matejki pt. „Kuszenie Chmielnickiego”, który również zaginął w tajemniczych okolicznościach.




skomentuj (0)




2009-09-16 20:27:57 >> Wtorek

Wtorek

                Kolejny rutynowy dzień na bieżni mojego beznadziejnego życia. Mgła zasłania Mroczny Budynek. Ale Szatan pilnuje swych owieczek i prowadzi je prosto na rzeź. Przekraczam próg Przybytku Edukacji. Pierwszy polski – czuje się jak muł bagienny, który jest na działce przygotowywanej do osuszenia. Ale osuszanie to proces długotrwały, więc nie od razu uduszę się, bezsilne łapiąc ostatni dech pustymi, zlepionymi płucami. Najpierw czeka męka codzienna istnienia…

                Po polskim, na którym zaiste opuścił mnie nie tylko Bóg, ale też Mickiewicz, a Szatan zmył się pod pozorem urządzania Armagedonu, nadeszła historia na rozszerzeniu – mały skrawek radości, światełko w tunelu i kropla wody na mentalnej pustyni. Dwie godziny grzania obolałego grzbietu w ciepełku i świetle cynicznego słońca! Naładowani pozytywną energią sarkazmu i ironii naszego guru idziemy kontynuować usychanie w mękach.

                Zadzwoniło, nawet dzwonek brzmiał jakoś obco, czas na język zdrajców naszego narodu – angielski. Oczywiście zaczynamy od wykpienia jak bezkreśnie wierzyliśmy naszym sojusznikom, którzy mieli z nas niezły ubaw.  Kpi się teraz z naszej państwowości, znieważa nasze patriotyczne uczucia a wreszcie wynaradawia. Oczywiście wykorzystuje się tu zagraniczne i wymyślne sposoby tortur. Jednak ta strona Europy nie była zbyt kreatywna, więc to była lekka przeprawa, która pozwoliła by część deszczówki skropiła nasze susze piaski umysłu.

                Czas na nasze narodowe przeprawy – historia tortur, maszyn zadających ból. Podczas tego przykrego aktu niektórzy herosi – ci najmężniejsi, bowiem to w nich trzeba było, z punktu widzenia przeciwnika, najmocniej uderzyć – musieli szukać swojego tajemnie schowanego mienia.

                Jednak to nie koniec. Zaczęło się powolne osuszanie działki, ponure, męczące, karygodne i wysoce niehumanitarne. Gdy zadzwonił dzwonek okazało się że to nie koniec – trzeba było doprowadzić dzieło zniszczenia do końca. Chciano doprowadzić do tzw.: „ostatecznego rozwiązania kwestii…”. Nasz mały prywatny holocaust. Musieliśmy przeczekać jeszcze moment, który dłużył się niemiłosiernie. Kiedy wszyscy mogli już uciec w pokoju, heros musiał zmierzyć się z hydrą, co gorsza został zmuszony do kolaboracji – zabezpieczyć sprzęt swojego śmiertelnego wroga.

                Chwila odpoczynku, zdejmuję kolczugę, rozkulbaczam swojego wiernego rumaka. Odkładam osprzęt do zbrojowni. Lecz nie na długo. Właściwie to jedynie mgnienie oka w porównaniu z Wielką Kampanią, jaką codziennie prowadzimy.

                Teraz czas na specjalne poniżenie, przedmiot opiewający Piekielną Podłość naszych oprawców. Na szczęście dotarł nasz wóz z nieprzygotowaniami, którymi niczym z moździerza wystrzelonymi, celowaliśmy w bunkry z zasiekami  lecz nie było żadnego popłochu. Wróg przejął część dostaw  do naszego obozu i naszej specjalnej amunicji nie wystarczyło dla wszystkich. Niektórzy z naszych wdali się w walkę na bagnety – dzielna Stefa z zakonu Milczących Nieśmiałych Blondynek pokonała w mgnieniu oka swego oponenta. Niestety dwaj kolejni mężni przedstawiciele naszego stronnictwa: Perkusista od & Boleści i Czerwona Twarz nie dali rady. Wróg rozniósł ich na bagnetach. Ale udało im się zatrzymać nawałnicę – stali się dla nas, jak wielki bohater, Wallenrodami. Niestety ich wątłe ciała nie zatrzymały wszystkich pocisków miotanych przez Piekielnego Przedsiębiorcę – będziemy po południu lizać rany, budując piramidy potrzeb, które będą opiewały naszą heroiczną obronę i Upadłych Aniołów.

                Chwila przerwy. Miła konwersacja. Niemiłosiernie ssący głód. Niestety wiemy że nadszedł czas na germanizację oraz spedalanie (sfrancuszczenie) W ramach protestu w pocie czoła budujemy Wóz Drzymały i nadciągamy korowodem w stronę granicy…

                Nie dano nam do niej dojść. Szeregi wroga zaostrzyły kontrolę celną. Zostaliśmy zmuszeni do pedalenia i germanizacji – te przykrości godzą w naszą dumę narodową. Ale smagani batem historii znamy swoją wartość i nie poddajemy się. Jesteśmy odporni na wszystkie akcje odwetowe wroga: opowiadanie o Perdo Malasuerte i na stronę bierną.

                Gdy słyszę ostatni już dziś dzwonek, podnoszę się z bagna, dyszący muł bagienny i wlokę się szukać nowej, mokrej działki, którą nazwę domem i której nie osuszy bezduszny system.




skomentuj (0)




2009-09-15 18:36:50 >> Piątek

Zbliżam się. Stawiam niepewnie swoje kroki w drodze na katorgę.
Szlakiem wyboistym zmierzam ku nieprzeniknionym ciemnościom, ku
czeluściom bagna przybytku edukacji. Potykam się i upadam pod
krzyżem, tfu przepraszam, tornistrem. Jest ciężki. Mam w nim całe
Księstwo Warszawskie, po którym Napoleon goni się z ciągami
geometrycznymi i funkcjami. W mojej głowie mniej więcej to samo do
taktu: "I co ja robię tu". Doczołgałem się, znajduję się przed murami
Jądra Ciemności. Niezdecydowanie przekraczam próg. Próbuje w głowie
przyjemną retrospekcje - niestety, to miejsce rozprasza każdy płomyk
szczęścia. Widzę ludzi i inne istoty człekokształtne, ich twarze:
zapłakane, skrzywione, bez nadziei, zdruzgotane. Nagle, zaczyna się!
Dźwięczy w głowie jak wystrzał samobójcy, dzwonek. Podpalono ogień pod
kotłami z olejem.
Lekcja pierwsza, runda pierwsza. Wrócę z tarczą lub na tarczy.
Przerwa: bułka - starczy, czy nie starczy. Runda druga: jestem
najsłabszym ogniwem. Runda trzecia - nokaut. Długa przerwa jak promyk
słońca w pochmurny dzień, jak oaza na pustyni jak coś bardzo fajnego w
morzu zła. 20 minut - można coś zjeść i popłakać się ze
współtowarzyszami niedoli. Przeciskam się przez korytarze - pełne
ludzi (w większości), gwaru i hałasu. Pierwszaki pałętają mi się
pomiędzy nogami. Kopię jakieś małe kudłate stworzenie stojące na mej
drodze. Hałas wwierca mi się w głowę. Dążę do Raju: wyjścia na
podwórko. Tam świeci słońce i jest zielono jakby na szyderstwo ze
mnie, co gniję w szarej klasie.
I znów ten dźwięk, jak wyrok. Znów wibruje mi w głowie. Już widzę jak
nadlatuje harpia, potworna, czarna, rozpędzona jak tir, harpia. Swoimi
nadprzyrodzonymi zdolnościami otwiera drzwi koszmaru. Zagania stada
niewinnych owieczek na rzeź. Już wyczytuje listę z wyrokiem
skazującym. I zaczyna się na dobre, początek egzekucji ogłaszany
zdaniem: "otwieramy zbiorki" - brzmi jak wystrzał plutonu
egzekucyjnego. Ale niestety kule chybiły- nasza śmierć będzie okupiona
dużo bardziej bolesnymi doświadczeniami - będziemy konać długo i
powolnie w upiornie wysublimowany sposób. Pora, aby pierwszy straceniec
poszedł na kaźń - "do tablicy podejdzie numerek..." i napięcie,
kołatanie zatrwożonych serc, spazmy cierpienia i bólu przewyższające
wszelkie pojęcie.
Kule świstają mi koło głowy. Moi kamraci padają i tylko ja jeszcze
trzymam się jako tako na nogach. Już wiem, że będę następny, już czuję
czerwoną kropkę celownika na czole. Nagle, zamiast zimnych ramion
śmierci... dzwonek. Mój wybawca i mój kat.
Już w myślach, wybiegając z klasy, czując zew wolności słyszę
wykrzyczane przez kata słowa - "drugą godzinę również mamy tutaj,
będziemy kończyć zadanka". Rozpacz, czarna rozpacz, święte
złorzeczenie, lament. Oczy mam wilgotne, przekraczam próg i myślę -
ostatni raz widzę niebieski niebo, czuje promienie słońca na twarzy i
wiatr we włosach. Uczucia tak ulotne, a zarazem tak piękne, że
chciałoby się nacieszyć nimi za wszystkie czasy - te, które nadejdą:
mroku i niepogody.
Klękajcie narody, dekalog się rozsypuje, grób św. Piotra się zapada,
piramidy się obracają się w perzynę - dzwonek. Srebrny anioł śmierci
prowadzi mnie pod czarną jak piekło tablicę, gdzie oddam swe życie na
Ołtarzu Niewiedzy. Ale nie! To nie koniec męki, to by było za proste.
Och, nawet w ostatnim kręgu piekła, nawet w oddechu samego Lucyfera
nie może być tak strasznie. Żyję więc dalej, będąc okaleczonym na
umyśle. Na ciele będę po następnej lekcji, czyli wychowaniu fizycznym.
Czołgam się w prochu piramid po tartanie. Biec już nie potrafię. Iść
też. Oddychać też. Ale słyszę trzask bata poganiacza bydła, muszę
brnąć dalej krwawiąc i plując i płacząc...
Mój wybawca dźwięczy, podnoszę twarz z błota. Wracam dalej z tarczą do
szatni, a potem domu. Wiem, że wrócę, muszę wrócić. A wtedy...



Tagi: apokalipsa, harpia
skomentuj (2)




2009-09-15 18:25:18 >> 1 września

Cisza, mrok rozświetlany przez piękne gwiazdy. Spokój. Ciche
brzęczenie, jutrznia - samoloty na horyzoncie. Luftwaffe atakuje, huk
bomb, walące się budynki - jeden po drugim jak domek z kart. Ostrzał
prowadzony z Schleswiga - Holsteina, zacięcie mjr Henryka Sucharskiego
- on opierał się nazistowskiej zarazie jedynie przez tydzień. My
będziemy musieli sprzeciwiać się nawale wroga przez 8 miesięcy!
Wytrwali żołnierze III RP, najwytrwalsi i najmężniejsi.

Budzik znowu zawył, powstaje z łoża, ogólna irytacja, złość, smród
śmierci, ale również niesamowite samozaparcie. Szybkie śniadanie
męczenników, wdzianie włosienicy. Ciężki sztandar na plecach, niczym
krzyż zbawiciela, ale cięższy, bo do domu owego zbawiciela
niesamowicie cierpieć trzeba się udać. Godzina kazania i półgodzinne
odczytywanie wyroku. W końcu wkraczamy do piekła - nowoudekorowanego,
ale piekła.

To jest wojna. Wojna na wyniszczenie. Tu nie obowiązują Konwencje
Genewskie, tu obserwatorzy ONZ wiszą na suchej gałęzi. Tu nie bierze
się jeńców. Tu nie oszczędza się cywili. Rannych się dobija. Trupy
odziera z dobytku. Albo my albo oni. Spotkamy się w piekle, ale oni
tam będą wcześniej. Oficjalne rozpoczęcie działań wojennych. Sztandar,
msza polowa, przemowa wodza. Otrzymujemy plan kolejnych bitew. Pierwsza
szarża jutro o 8:30. 30 ostatnich szarż każdego tygodnia. Należy
włożyć zbroję. Ale ona nie wystarczy. Już po apelu uciekam do ruin
domu. Ostatnie sekundy wolności jak powoli sączącą się krew z ran, jak
krople żywicy na moim hebanowym krzyżu.

Nas jest więcej, mamy przewagę liczebną, ale jednak to nie wystarczy.
Wróg zbrojny w granaty z kartkówek, artylerie strzelającą
sprawdzianami, naboje odpowiedzi oraz bagnety testów. My natomiast
biedni, wyposażeni jedynie w mały wóz z nieprzygotowaniami do lekcji.
Ale trzymamy się dzielnie. Mamy nadzieje, że będziemy trzymać się tak
długo póki nie nadejdzie odsiecz. Naszym zadaniem nie jest pokonanie
wroga, ale wytrwanie z nim - kolejnych strasznych 8 miesięcy.

Jesteśmy najlepsi z najlepszych. Weterani tysięcy Termopili,
Benewentów, Legnic, bitw pod Hastings i pod Waterloo, pod Poitiers i
pod Stalingradem, wojen w Zatoce Perskiej i w Wietnamie. Jesteśmy
nieśmiertelni. Mamy za sobą 12 lat na wojnie, 12 lat walki o nic.
Ostatnie 8 miesięcy i złożymy głowy na Ołtarzu Wiedzy, na ofiarę złym
mocom i demonom.


Tagi: szkoła, walka, bitwa, wrzesień, masakra
skomentuj (0)

 



cogito-ergo-sumblog

ksiega gosci

2009
wrzesień


Tagi